Powrót z Boliwii

Po wizycie w Copacabanie i Wyspie Słońca, wracamy do Peru.

Na przejście graniczne trafiliśmy wieczorem, ale spędziliśmy tam sporo czasu na kontroli paszportowej, która przedłużyła się przez awarię i kolejki, które stały w miejscu. Do autokaru wsiedliśmy dopiero po zmroku.

Taxi

Do Arequipy trafiliśmy z samego rana. Na dworcu autobusowym, pytając o drogę do centrum, trafiliśmy przypadkiem na taksówkarza. Za 15 soli zaproponował nam przejazd na główny plac, gdzie będziemy mogli coś zjeść i znaleźć hostel. Miał normalnie oznaczoną taksówkę, licencję i wzbudził nasze zaufanie, więc pojechaliśmy od razu, żeby trochę się ogarnąć po całej podróży.

Trochę niżej

Arequipa to jedno z miast, które trzeba odwiedzić podczas wyjazdu do Peru. Z tego miasta odbyliśmy wycieczkę do Kanionu Colca. Jako, że my polaczki, mieszkamy dość nisko nad poziomem morza, to warto byłoby zacząć tutaj, ponieważ miasto jest położone na wysokości jedynych 2325 m n.p.m., co i tak może być dla niektórych niezłym szokiem. Jednak przejdźmy do tego, co w Arequipie jest piękne. Jest to drugie, co do wielkości, miasto, po Limie, a różni się diametralnie. Nie jesteśmy nad oceanem, tylko w górach, w okolicy dwóch wulkanów, które widać prosto z miasta. Budynki są tu niższe i nie ma wieżowców, jak w stolicy, przez co, mimo turystycznego klimatu, chce się tutaj zostać na dłużej.

Taki widok czeka nas zaraz po wyjściu z dworca głównego, gdzie dorwaliśmy taksówkę na główny plac i poszliśmy szukać śniadania, noclegu i biura turystycznego, które organizuje wycieczki do Kanionu Colca.

Wycieczka do Colca Canion

Po śniadaniu trafiliśmy do biura wycieczek, które mieściło się w tym samym budynku. Wybraliśmy wyprawę do Colca Canion, z przystankami między innymi przy Krzyżu Kondora, gdzie można było podziwiać majestatyczne kondory. Później czekała nas wyprawa przez Kanion i noc w oazie, a w drodze powrotnej przystanek w gorących źródłach.

Transport w Arequipie

Z tego co zauważyłem, na ulicach Peru, mało jest samochodów prywatnych i ludzie często wybierają busy lub taksówki. W Arequipie, podobnie jak w Limie, można stwierdzić, że formalnie nie ma tu transportu miejskiego, ponieważ różni się on zupełnie od tego, co mamy w Polsce. Tutaj na wąskich uliczkach dominują taksówki, które nieustannie polują na klientów, a najlepiej na bogatych turystów. W całym Peru dobrym zwyczajem jest zawsze targować się z kierowcą lub ustalić kierunek jazdy i kwotę, jaką chcemy wydać, wtedy decydujemy czy wsiadamy czy nie. Można tak spróbować z kilkoma taksówkami, a okaże się, że czasem pojedziemy za pół ceny, jeśli trochę poszukamy.

Transport publiczny dla europejczyka jakby tu nie istniał. Nie ma tu przystanków i wyznaczonej trasy, jednak mieszańcy zwykle wiedzą jak jeździ dany autobus. W praktyce działa to bardzo sprawnie, ponieważ chyba w każdym busie pracują po dwie osoby – kierowca i naganiacz. Ten pierwszy, jak to kierowca, prowadzi cały czas autobus, ten drugi odgrywa tutaj równie bardzo ważną rolę. Naganiacz, stojąc w drzwiach, zbiera ludzi informując ich dokąd jedzie. On też pobiera opłaty, które z jednej strony są gdzieś małym druczkiem ustalone, ale zwykle jest to „co łaska” w wysokości 1 sola (gdy na cenniku może być 1,5 ale ktoś może uważać, że da tylko 1. ;))

Na ulicach często słychać klaksony, więc przestały nas dziwić znaki o zakazie trąbienia w pewnych miejscach. Co ciekawe, prawie każdy trąbi tu odruchowo, a to na innych kierowców, a to na przechodniów, których można by podwieźć. Ludzie są już do tego przyzwyczajeni.

Handel na ulicach Peru

Będąc w Peru, nie trzeba daleko szukać, by znaleźć sklep, w którym coś kupimy do jedzenia lub picia. Już pod samym oknem hostelu mieliśmy mały stragan, na którym bez problemu można było zrobić zakupy na następny dzień, kupić wodę, przekąski, a nawet papier toaletowy.

Na głównym placu można spotkać pucybutów – ludzi, którzy zajmują się wymianą walut oraz mnóstwo naganiaczy z biur wycieczek i restauracji. Jeden z takich naganiaczy zabrał nas do swojego lokalu, kiedy o świcie szukaliśmy śniadania, a ulice były jeszcze puste. Nie spodziewaliśmy się tego o takiej porze.

Targowisko

Jednym z miejsc, które chcieliśmy odwiedzić był bazarek, na którym można było kupić owoce, warzywa, mięso i artykuły codziennych potrzeb. Wybór jest ogromny, ale sposób podawania np. mięsa, nie zachęca. Przy dość wysokiej temperaturze, wszystko leży na wierzchu i przechodząc obok, można nawet otrzeć się o kawał surowego mięsa.

Na plus była obsługa tych stoisk, gdzie sprzedawcy nie zachęcali do spróbowania, tylko od razu nas częstowali, żebyśmy mogli przekonać się o smaku. W ten sposób spróbowaliśmy trochę oliwek na jednym ze stoisk. Były pyszne.

Świeże koktajle na bazarku

Bardziej interesowały nas jednak tutejsze owoce, które można było kupić na straganach, albo zamówić w formie koktajlu. W ten sposób mogliśmy na miejscu spróbować kilka nowych smaków tutejszych owoców, a przy okazji zobaczyć jak się je przygotowuje. Pani, która robiła koktajle, chętnie pokazała nam jak wydobyć owoce z ich skorupek. Potem wymieszała nam z nich pyszne koktajle.

Później spróbowaliśmy jeszcze czegoś co miało być chłodnym jogurtem, albo zsiadłym mlekiem z miodem/syropem. Mnie totalnie nie przypadło do gustu. Syrop był strasznie słodki, aż mdły. Nie dałem rady tego wypić.

Klasztor św. Katarzyny

Kolejnym przystankiem naszego zwiedzania był klasztor, który podobno warto odwiedzić. Udało nam się na styk, ponieważ można tam spędzić sporo czasu, a my byliśmy jakąś godzinę przed zamknięciem kasy biletowej dla gości.

Na początku klasztor wydaje się bardzo dziwny, ponieważ na samym początku widzieliśmy „cele”, w których przez pierwsze lata trzymane są młode siostry. Wygląda to trochę jak więzienie. Małe, czarne pokoiki i specjalne okienka, przez które podają im jedzenie. W ten sposób miały się nauczyć przestrzegać ślubów ubóstwa. Podobno był to zaszczyt trafić do tego klasztoru.

Wszystko się zmienia, kiedy siostry awansują i dostają lepsze pokoje, które wyglądają przytulniej i są lepiej wyposażone. Klasztor dalej jest już bardzo kolorowy. Dominuje tam kolor pomarańczowy i niebieski, co wydziela klasztor na dwie części. Całość składa się z ponad 100 odrębnych pomieszczeń. Wszystko, ozdobione często kwiatami, tworzyło małe, samowystarczalne miasteczko.

Architektura

Chciałbym tutaj napisać coś więcej, ale za bardzo nie znam się na stylach w architekturze, więc powiem tylko, że w moim odczuciu czułem się trochę jak w europejskim mieście. Miasto wygląda jak jedna ze stolic Europy, jednak widok gór i wulkanów na horyzoncie, przełamuje ten obraz. Miasto zachwyca architekturą, nie spotkamy tutaj szklanych wieżowców, czy biurowców. Klimat zachęca, by zostać tu dłużej.

Może resztę dalej sami zobaczcie.

Kakao

Na sam koniec wizyty w Arequipie odwiedziliśmy hipsterski lokal, w którym podawano gorącą czekoladę. Właściciel poczęstował nas różnymi gatunkami czekolady, opowiedział historię swojej rodziny, która ma swoją plantację kakaowców pod Cusco. Kupiliśmy kilka tabliczek czekolady o różnych smakach (ja wybrałem macę i kokę) na pamiątkę i zamówiliśmy po kubeczku czekolady. Niestety, jak przyszło do picia – cały klimat prysł. Może to tylko kwestia tego, że dopiero się tam otworzyli i jeszcze nie wiedzą jak zrobić dobry napój czekoladowy. Trzymam kciuki.